Piotr Peter Lachmann, polsko niemiecki poeta napisał mądrą książkę “Wywołane w pamięci”, w której dowodzi ponad wszelką wątpliwość, że
nie wymazywanie faktów, ale ich przywoływanie pozwala uwolnić się od urazów przeszłości. Po latach tropienia greckich mitów w stworzonym
wspólnie z Jolantą Lothe videoteatrze sięgnął odważnie do własnego trudnego życiorysu, filtrowanego przez szekspirowskiego Hamleta właśnie,
w którym za Janem Kottem dopatrzył się drugiego edypowego dna. Po ostatniej premierze Piotr mówi: może nie Hamlet, ale Hamlecik gliwicki.

Lachmann, przypomnę, urodził się właśnie w Gleiwitz, jak wówczas nazywały się Gliwice. Urodził
się jako Peter-Joerg. Ojciec był przed wojną gwiazdą gliwickiej ligowej drużyny piłkarskiej. Zmobili-
zowany po 39 r. do Wehrmachtu, trafił przez Francję na front wschodni. Peter przeszedł powtórny,
tym razem rzymsko-katolicki chrzest i stał się Piotrem. Nie znając języka poszedł do polskiej
szkoły, skończył chemię na gliwickiej Politechnice, chciał studiować w łódzkiej filmówce, ale pod
presją matki wyjechał do Niemiec. Tam próbował przez lata swoim rodakom powiedzieć coś waż-
nego o Polakach. Nie zrozumieli, albo nie chcieli zrozumieć, więc wrócił do Polski. Teraz postano-
wił w swoim teatrze wrócić do tamtych dziecięcych lat gliwickich, misternie utkał scenariusz “Ha-
mleta gliwickiego, albo Dotyku przez szybę” z tekstów własnych, Szekspira, Różewicza i Kajzara.
Filmował w spalonym gliwickim teatrze i w domu rodzinnym, który ocalał – mieści się tam teraz ho-
tel. Jak zwykle w teatrze “Poza” zderza projekcje video z żywym planem, w którym po raz pierwszy osamotniona dotąd
Jolanta Lothe kreująca matkę poety styka się z innym żywym aktorem, Zbigniewem Konopką w roli małego Petera. Obie świetne role. Aktorka Teatru Śląskiego Stanisława Łopuszańska wprowadza nas, widzów w ten wykreowany na nowo
świat w brawurowo powiedzianym, a brzmiącym tak zaskakująco współcześnie, prologu wziętym z dramatu Helmuta
Kajzara “Obora”. Piotr Lachmann jak zawsze fascynujący publiczność jako vidżej tym razem pojawia się w żywym planie scenicznym jako duch ojca, kopiąc piłkę ze swoim sobowtórem. Przejmujący powrót syna marnotrawnego do korzeni z hamletowskim pytaniem w tle: być albo nie być. Ale Lachmann zawsze odpowie być, aż do nieokreślonej bliżej śmierci,
aż do końca świata, próbując jak Tadeusz Gajcy w poezji, w teatrze zmienić apokalipsę w katharsis. Pamiętaj że umrzesz,
ale przecież możesz zostawić po sobie dobrą pamięć tych, co umrą po tobie. Niemcy nie chcieli wiedzieć, co Lachmann
ma im do powiedzenia o Polakach. Może warto, by Polacy chcieli się dowiedzieć czegoś nie tylko o Niemcach, ale o sobie samych od niezwyczajnego człowieka, “Niemca Polakiem podszytego” czy, jak kto woli, “Polaka podszytego Niemcem”.

Namawiam Państwa do uczestniczenia w tym misterium teatralnym teatru “Poza” w Pałacyku Szustra w Warszawie.