Malgorzata Zawadka

 

 
 

Videoteatr „Poza” lubi zaskakiwać nie tylko formą, w której przedstawiane są spektakle, lecz również poruszaną tematyką. Premiera najnowszego spektaklu pt. Zgrzyt odbyła się 21.05.2010 w siedzibie Videoteatru – Pałacyk Szustra w Warszawie, mieszczący się przy ulicy Morskie Oko 2. Zgrzyt jest adaptacją sceniczną sztuki Piotra Lachmanna o tym samym tytule. Autor twierdzi, iż chciał ukazać „tlący się globalny konflikt między światem rosnącej biedy i malejącego współczucia.” Temat ważny i zdawałoby się omijany we współczesnym świecie, a przecież rolą teatru „ongi, jak i dziś, było i jest służyć jako zwierciadło naturze, ukazywać cnocie jej oblicze, nikczemności jej wizerunek, a chwili obecnej i duchowi czasu ich kształt i piętno.” Videoteatr w pełni realizuje to założenie, mówiąc o kwestiach, które dręczą naszą cywilizację, a może nawet stają się tematem tabu? Piotr Lachmann twierdzi, że „teatr ze swej strony zaoferuje szczyptę katharsis.” Zdawałoby się, że to dość trudny do zrealizowania cel, który ma być uzyskany – jak zapewnia autor – poprzez „wyrwanie widzów ze snów o bezkonfliktowym świecie a jednocześnie wypowiedzenie się po jednej ze stron wspomnianego sporu”. „Oczyszczenie”, jak podaje Arystoteles w Poetyce, można osiągnąć poprzez identyfikację z bohaterem tragicznym. Videoteatr łowi sumienia widzów, nie po to, by kogoś ganić bądź chwalić, piętnować bądź wznosić na piedestały, a po to by zmusić do myślenia, do zastanowienia się nad sobą samym i swoim stanowiskiem wobec narastającego zjawiska. Kwestia dobrobyt – ubóstwo staje się w dzisiejszych czasach niezręczna, pomijana, „lepiej o tym nie mówić”. Nie znam lepszego lekarstwa na zwalczenie tematu tabu, jak takie małe, prywatne katharsis. A gdzie możemy je znaleźć jak nie w teatrze?

W przedstawieniu Zgrzyt ukazany jest świat w nieco krzywym zwierciadle – na granicy jawy i snu, prezentując postawy bohaterów w czarno – białych kolorach, bez żadnych odcieni szarości. Najważniejszy jednak w tej wizji jest pewien przemyślany „podstęp” względem widza, który burzy, powoduje dekonstrukcje tego, zdawałoby się, jednoznacznego obrazu. „Podstęp” ten opiera się na stwierdzeniu, że to co dla jednych wydaje się białe, dla innych jest czarne. Sądzę, że wśród widzów, którzy obejrzeli spektakl, znaleźliby się tacy, którzy opowiedzieliby się zarówno po jednej jak i drugiej stronie, tacy którzy popierają rację kobiety (Jolanta Lothe) z altruistycznym nastawieniem do człowieka, jak i mężczyzny (Zbigniew Konopka) z nastawieniem racjonalistyczno-materialistycznym. To, iż publiczność dzieli się na grupy, które identyfikują się z bohaterami jest najprostszą drogą do osiągnięcia, wspomnianego przez Piotra Lachmanna, katharsis.

W Videoteatrze monitory nie są jedynie rekwizytami, lecz z powodzeniem partnerują grze aktorom. Transmisje na żywo bądź obrazy wcześniej nagrane stają się nierozerwalną częścią przedstawionego świata, który osiąga cechy polisemiczne. Choć na żywo widzimy jedynie dwóch aktorów, jednak na scenie jest już cała grupa teatralna, która pozostaje w doskonałych relacjach – pełnych emocji i świadomości wymawianego tekstu. Jak obrazy pojawiające się we śnie, a może w koszmarze, które mają swój własny rytm, własny bliżej nieokreślony porządek, kierują się własnymi prawami, tak ukazane są kolejne sceny. Ekrany potęgują uczucie ułudy i dysharmonii. Postać mężczyzny (Zbigniew Konopka) wypowiada argumenty przeciw światu ubóstwa – „Ochojska ochrypła! Kocy! Kocy!”; nazywa bezdomnych szczurami; które w końcu jak fala zatopią całą cywilizację; bezrobotnych oskarża o powodowanie luki w systemie, o niszczenie systemu, gdyż nie płacą podatków; chciałby „skrócić męki” biednym poprzez ich wyniszczenie. Po drugiej stronie staje kobieta (Jolanta Lothe), która opowiada się za miłosierdziem, walczy o człowieka i zachowanie człowieczeństwa. Ogromną zaletą Videoteatru jest to, iż jego poetyka to nie tylko wypowiadane przez aktorów słowa, lecz również, a wręcz przede wszystkim, obrazy, które potęgują przekaz. W nagraniach wykorzystano fragmenty filmów: Lyncha Mulholland Drive, Nolana Bezsenność, Gibsona Pasja i Scorsese Ostatnie kuszenie Chrystusa. Zamierzeniem Piotra Lachmanna było, aby „sny były multimedialnym kolażem”. Odwołanie się do obrazów żyjących już w świadomości widzów, powoduje wywołanie szeregu skojarzeń oraz poszerzenie zakresu „snu na jawie” o wątki obecne w naszej kulturze. Przykładem są chociażby powiązania znaczeniowe, które nasuwają się, gdy na ekranach wyświetlone są fragmenty Pasji Mela Gibsona – aktorzy zbierają z ekranu krew, a następnie myją ręce w misie z wodą. Postać Chrystusa jest argumentem za miłosierdziem, a Chrystusa cierpiącego jest wezwaniem do niesienia własnego krzyża, którym może być bezdomność, ubóstwo, wykluczenie społeczne. Natomiast scenę mycia rąk z krwi, można potraktować jako odwołanie do Piłata, który nie chciał wziąć odpowiedzialności za śmierć Jezusa – podobnie dzieje się z ludźmi, którzy są obojętni względem losu drugiego człowieka. Mężczyzna (Zbigniew Konpoka) zastanawia się w pewnej chwili, czy nie zabił jednego „z tych szczurów”, bo brak naboju w magazynku, ale nie to niemożliwe, to był tylko sen, a jak nie? W spektaklu pełno jest takich niedomówień z pogranicza jawy i złudzenia, które mają na celu dekonstrukcję skostniałego spostrzegania świata – najpierw rozbija się go na fragmenty, aby potem zbudować nową całość. Zgrzyt jest ucztą dla oka. Przepiękne sceny, gdy okrywany bezdomny przypomina dziecko, gdy osaczają go gołębie, wydając przy tym kakofoniczne dźwięki, będące połączeniem odgłosu skrzydeł ptasich i gniecionych puszek, a wreszcie gdy aktorzy wzajemnie zasłaniają sobie uszy, sprawiają że spektakl staje się miniaturą już nie tylko naszego świata, lecz również przepełnionym artyzmem obrazem z granicy sztuki teatralnej, filmowej i sztuk plastycznych.

W przedstawieniu Zgrzyt oprócz monitorów jeszcze jeden rekwizyt został równoprawnym bohaterem sztuki głównie poprzez swoje metaforyczne znaczenie – wielki worek pełen aluminiowych puszek po piwie. Od momentu, gdy pojawił się na scenie, stał się on obiektem, który jak magnez przyciągał spojrzenia widzów. Słyszałam anegdotę o tym, jak jeden ze znanych aktorów, zdaje się, że Wojciech Malajkat, zdawał do szkoły aktorskiej. Przy prezentowaniu etiudy, gdy inni kandydaci biegali po scenie i krzyczeli, aby zwrócić na siebie uwagę, on usiadł przy ścianie i zaczął wycierać jabłko. Egzaminatorzy, jak później wspominali, nie mogli od niego oderwać oczu. Przypomniałam tę historię, gdyż podobnie swoją rolę nakreślił worek z puszkami – niby przedmiot, a jednak stał się głównym obiektem zainteresowania. W jego znaczeniu metaforycznym rysuje się pewien dualizm – z jednej strony oznacza on ubóstwo, ludzi, którzy muszą zbierać puszki, aby przeżyć, a z drugiej jest odzwierciedleniem dobrobytu, gdyż przez ludzi należących do tego świata, puszki te są po prostu wyrzucane, gdyż nie mają dla nich żadnej wartości. Worek z puszkami jest metaforą, która określa relacje między światem biedy, a dobrobytu. Metafora ta, jest przepięknie ukazana w przedstawieniu, poprzez skontrastowanie dwóch obrazów – postaci mężczyzny (Zbigniew Konopka), który popija piwo wygłaszając argumenty za wyniszczeniem biedaków i postaci ubogiego zbierającego na ulicy puszki. Gdy oglądałam przedstawienie pomyślałam, co by było, gdyby na ten spektakl zaprosić bezdomnych na przykład z pobliskiego Dworca Centralnego? Jak oni by odebrali to przedstawienie? Na pewno na widok tego ogromnego worka z puszkami po cichu wyszeptaliby: „ale bogactwo!”. Mnie ten worek kojarzył się z czasami mojego liceum, gdy jako licealistka z koleżankami przesiadywałam na Barbakanie i wciąż podchodzili do nas bezdomni z pytaniem, czy nie mamy butelek bądź puszek po piwie. Dla ludzi należących do świata ubóstwa rzeczy mają zupełnie inne znaczenie – to, co dla innych wydaje się nic nie warte, dla nich jest „górą złota”. Kiedyś rozmawiałam z przemiłą dziewczyną – bezdomną o nakrętkach po napojach. Tłumaczyła mi jak cenne są nakrętki po Coca-Coli. Pewien chłopak, który wysyłał kody spod tych nakrętek, przyjeżdżał na Centralny i skupował je płacąc bezdomnym 50 gr za jedną. Nakrętki od Pepsi już nie były takie cenne – tylko 20 gr. Świat ubóstwa kieruje się innymi prawami, stąd też moje zaskoczenie, gdy zobaczyłam dociekliwości i spostrzegawczość twórców Videoteatru. Wykazali się oni wręcz mistrzowska precyzją w konstruowaniu dwóch światów, dwóch racji, dwóch prawd. A racje te nie są ukazane w sposób miły i przyjemny, a wręcz przeciwnie – bardzo dramatycznie. Scena, w której aktorzy wysypują zamaszystym ruchem puszki z worka wprost pod nogi widzów, jest punktem kulminacyjnym. To tu najwyraźniej brzmi pytanie – „A co ty na to? Ty siedzący w pierwszym rzędzie z posępną miną?” Nieprzyjazny dźwięk puszek spełnia rolę, o której wspominali twórcy: „wyrwania widzów ze snów o bezkonfliktowym świecie”, czyli czas na „oczyszczenie” na zajęcie stanowiska.

Videoteatr „Poza” osiągnął zamierzony cel – spektakl Zgrzyt zmusza do zastanowienia się nad obecną sytuacją społeczną. Nie wiem jak inni, ale ja zadałam sobie pytanie „za co lubię człowieka?” Czy za to ile zer ma na koncie? Czy za to, że płaci podatki? Czy za to, że nie powoduje „luki w systemie”? Nie. Nie za to. Lubię człowieka za to, że jest niedoskonały – że dziesięć razy w roku rzuca palenie, że nie wszystko mu się udaje, że popełnia błędy. Czasami patrząc na bezdomnego na ulicy myślę „może jakby ktoś dał mu kiedyś szansę, to byłby teraz lekarzem?” Lecz najbardziej lubię człowieka za jego sny i marzenia. Nie ważne czy należy do świata dobrobytu, czy ubóstwa – zawsze marzy, tylko, że jedni śnią o podwyżce inni o zjedzeniu obiadu. To marzenia sprawiają, że człowiek różni się od zwierząt, więc nie traktujmy ludzi jak szczurów.

Małgorzata Zawadka